Przejdź do treści
Moja książka

Darmowe fragmenty

Historia z Pewnego Liceum - przeczytaj fragmenty

Pięciu narratorów, pięć perspektyw. Każdy z nich ma w książce własne strony, własny kolor i własny sposób opowiadania.

Fragmenty zawierają wulgaryzmy, tak jak cała książka. Polecam od 16 lat.

Wybierz, czyimi oczami zaczynaszkliknij portret, żeby przełączyć narratora

Tymek - narrator

Tymek

Rozdział V

Posiadówa u Tymka

Marcel - gość zawsze pewny siebie, no chyba, że ktoś zapyta o jego wzrost. Próbuje maskować ten kompleks dbając o siebie z niebywałym polotem, a przynajmniej ja tak to odbieram. Modne stylizacje i garnitury, jakby świeżo wyjęte z witryn luksusowych sklepów. Niejedna kobieta obracała się za nim. Włosy? Musiały być idealne. Nawet podczas takich luźnych spotkań jak to.

Solidnie polałem w czasie, kiedy Marcel załatwiał potrzebę. Ciekawa rozmowa znacznie podkręciła tempo spożywania i zanim się zorientowałem, połowy butelki już nie było. Mój organizm, przytłoczony procentami, powoli wtapiał się w fotel. Przyjemna mgła zaczęła otulać umysł, koić zmysły, a reszty ekipy ani widu, ani słychu.

- A jak tam z Julką? - zagadał Marcel, kończąc zapinać rozporek.

- Spoko, normalnie. Bez zmian.

- Wczoraj nieźle wyglądała w szkole

- Żałuj, że jej nie widziałeś potem.

- Do tego wolna chata.

Spojrzałem na niego z uśmiechem, bo znałem go na tyle dobrze, by z łatwością przewidzieć kolejne słowa.

- Było ostro, co?

Stary poczciwy żigolo, który dzieli się swoimi przygodami, ale też musi wszystko wiedzieć. Wiele z jego damsko-męskich historii musiałoby w kinie dostać znaczek Parental Advisory.

- Właśnieee bez fajerwerków - odpowiedziałem z grymasem rozczarowania.

- Uuu, no cóż, zdarza się - Marcel klepnął mnie w ramię. - A Ty przed Julą szturchałeś inną?

Przeskanowałem szybko album wspomnień. Tańce przytulańce, gra w butelkę owszem w gimnazjum były, ale to z Julą przeżyłem swój „pierwszy raz”. Co prawda, był to raczej bieg na setkę niż maraton i ogólnie mocna żenada, ale w końcu doświadczyłem tego na żywo, zamiast na ekranie telefonu.

- Nieee, Jula pierwsza.

- Tak sobie pomyślałem. Jak wam się perfekcyjnie ułoży, to w życiu powąchasz tylko jedną cipkę.

- Chyba, że zostaniemy swingersami.

- Julka i swing?! - Marcel parsknął.

- A zaskoczyłaby Cię, co? - zażartowałem.

- Jakby co to dzwoń po mnie.

- Julka jest zajebista. Mega się dogadujemy, lubię spędzać z nią czas. Tylko ten seks… - zastanawiałem się jak to ubrać w słowa. - Brakuje w nim jakiejś iskry, pożądania. Doskonale wiem co się wydarzy, jakbym czytał wcześniej scenariusz. Aż sam czasami unikam, siedzę dłużej po prysznicem, bo po prostu nudy. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio ona coś zainicjowała.

Marcel patrzył na mnie za zrozumieniem, ale nie komentował.

- A u Was jak? - odwróciłem pytanie.

- Z Dagą jest inaczej, ona chce cały czas. Czasami mam wrażenie, że jest nie do opanowania.

- Serio?

- Nockę ciężko przespać, bo Cię budzi lodzikiem.

- Zazdro.

- Nooo, Dagmara jest… - teraz to Marcel szukał odpowiedniego słowa. - powiedzmy dzika w swojej pomysłowości. Z tym, że u nas to mi się nie chce i ona na siłę inicjuje.

- Kurde, dziwne. Przecież obu nas właściwie wychowała pornografia.

- Życie. A wy od początku tak mieliście?

- Ja wiem? Na początku był trochę ogień. Częściej, różne miejsca, pozycje.

- No to jak na początku było dobrze to picco bello. Znak, że da się naprawić. Gadałeś z Nią o tym? - zapytał Marcel.

- W sumie na poważnie to nie. Jakimiś tam półżartami próbowałem.

- To masz swoją odpowiedź. U nas to raczej ja daję dupy. - Marcel zamarł na chwilę, widząc uśmiech na mojej twarzy. - Znaczy w przenośni. Dobre ruchanie, to ważna sprawa, ale fest ciężko się zgrać.

Ostatnie zdanie wybrzmiało podwójnie w mojej głowie. Często dostaję od niego tego typu myślowe asysty. To sprawia, że uwielbiam mentalne potyczki między nami.

- No właśnie. Zdziwiłem się jak mówiłeś, że Tobie nie o seks chodzi.

- Nie TYLKO o seks - sprostował Marcel.

- Jak ja bym był dupiarzem, to tylko rżnięcie by mnie interesowało.

- W takim razie to nie sport dla Ciebie. Każde spotkanie, to mniej niż dwadzieścia procent na ściągnięcie majtek. - Marcel przyjrzał mi się dokładnie. - Z Twoją aparycją niecałe dziesięć.

Julia - narrator

Julia

Rozdział II

Inna perspektywa

Stałam w ciasnej łazience, która podczas cieplejszego prysznica natychmiast zmienia się w saunę parową. Opuszkami palców gładziłam mój stary, pluszowy szlafrok. Poskubany i wyblakły, więc z łatwością można go podpiąć pod kategorię "niedbale kochany", ale ten miły dotyk miał dla mnie szczególne znaczenie. Pomagał mi przejść przez wiele ciężkich życiowych chwil. Był jak wierny kompan, który nie opuszcza aż do śmierci. Lubiłam go też za to, że był moją tarczą. Codziennie chronił mnie przed odbiciem w lustrze. Niestety, przychodził moment, w którym musiałam go zrzucić.

Przy każdym podejściu przypominała mi się sytuacja z gimnazjum:

Opuszczając toaletę, starannie otrzepywałam ręce, starając się dokładnie je osuszyć, gdy nagle dobiegł mnie męski głos.

- [Chłopak 1] Julka chyba coś zrobiła z fryzurą, nie?

Toaleta damska miały wspólny korytarz z męską, więc dźwięk dobrze się niósł. Wewnętrzna ciekawość kazała mi się zatrzymać.

- [Chłopak 2] Tak? Nie wiem, możliwe. Nie przyglądałem się.

- [Chłopak 1] No mega wygląda.

- [Chłopak 2] Ale co z tego skoro nogi ma jak pingwin.

- [Chłopak 3] Bardziej jak hipopotam.

- [Chłopak 2] Jakby miała biust typu DD reporter to jakoś by to wyglądało.

- [Chłopak 1] Co Wy, aż tak?

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Cierpienie było tym mocniejsze, że jeden z głosów wydawał się znajomy. Niestety, koniec końców nie zdołałam go jednoznacznie przyporządkować do konkretnej osoby.

- [Chłopak 2] No kogo byś brał ją, czy Magdę?

- [Chłopak 3] Magdę. Proste.

Szybkim krokiem opuściłam łazienkę. Sunąc przez korytarz zatrzymałam się przy ścianie z wielkim lustrem i tak stałam, mierząc się ze swoją figurą. Myślałam sobie „Fakt, trochę większy tyłek mam, ale chyba bez przesady?”. Ale z każdą sekundą czułam jakbym traciła grunt pod nogami. Coraz bardziej nienawidziłam kształtów tego przeklętego hipopotama.

Nagle w odbiciu pojawiła się Magda. Zgrabnym krokiem wchodziła po schodach. Natychmiast się obróciłam, przeskanowałam i ze szczegółami zapamiętałam jej piękną, smukłą sylwetkę…

Więc stałam tak naga przed lustrem, W oczy od razu rzucały się moje nogi i piersi. Te pierwsze wydawały się nieproporcjonalnie duże, a te drugie wręcz odwrotnie. Czy nie mógłby ktoś wymyślić sposobu, żeby to zamienić miejscami? Patrząc na siebie czułam, że czegoś mi brakuje, że w porównaniu z innymi dziewczynami wydaje się być niewystarczająco dobra.

W końcu zebrałam się do kupy na tyle, abym mogła się pokazać światu. Muszę coś zjeść, by wyrwać się z samo-zamartwiania. Owsianka! To jest to, czego teraz potrzebuję. Skierowałam się do kuchni, włączając głośnik JBL i losową listę na Spotify. Muzyka potrafiła jakoś zatuszować smutki, zwłaszcza, kiedy leciała Sanah. "Kawka na wynos dzisiaj towarzyszy mi…" - Te słowa wybudziły mnie z porannego letargu, a zmysł węchu przypomniał sobie o tym hipnotyzującym aromacie. Niestety… pojemnik na kawę świecił pustkami. Zabawne, to zupełnie tak jak mój zbiornik z pewnością siebie.

***

Siedziałam przy drewnianym stole, powoli mieląc gęstą owsiankę, która zdawała się równie zwiewna jak moje myśli. Wtem, dobiegło mnie powiadomienie na telefonie. Było od Tymka, z jego charakterystycznym emotikonem. Uwielbiałam ten sarkastyczny ton, którym potrafił mnie zadziwić w najmniej oczekiwanych momentach.

- [Tymek] 😎 Gotowa na dzisiaj? Ja już się nie mogę doczekać 😘

Ach, Tymek. Ten uroczy, ale tajemniczy chłopak, którego nieustannie próbowałam zrozumieć. Jego obecność zawsze sprawiała, że szare chmury na niebie zaczynały powoli ustępować, a wesoły promień słońca mógł przedostać się przez rozwiane zmartwienia. Dziś miała być nasza chwila, nasza piątkowa randka. Zawsze czułam, że przy nim czas płynie inaczej. A dodatkowo, w tak dobrze zapowiadający się wieczór nawet potrafił być romantyczny!

Zerknęłam na ścienny zegar, a myśli tym razem powędrowały ku sobotnim planom. Mocno pragnęłam spędzić z Tymkiem cały weekend, natomiast on planował spędzić czas z przyjaciółmi, więc nie chciałam go ograniczać. Czasami się zastanawiam czy to z nim, czy ze mną jest coś nie tak. A może tak ma być? Może musi być jakiś balans? To, że jesteśmy razem, nie oznaczało, że musimy być ze sobą non-stop. Oczywiście, od czasu do czasu rodziły się we mnie wątpliwości, czy to, co między nami istnieje, to coś więcej niż tylko kaprys. Jesteśmy już długo ze sobą, ale czy to ten prawdziwy romans na całe życie, czy tylko ułuda, która przeminie wraz z kolejnymi miesiącami?

Marcel - narrator

Marcel

Rozdział XX

Różni ludzie są różni

W półśnie nawiedziła mnie myśl z serii „Kurwa o co chodzi? Coś dzwoni?”. Ale co tam, pościel była tak soft i cosy, że nawet nie myślałem o odbieraniu.

„No kurwinka, znowu? Który to już raz?”. Z trudem otworzyłem powieki, które skrzypiały jak brama starego magazynu. Głowa mi pękała, świat wirował wokół, a nogi odmawiały współpracy. Telefon pokazywał, że jest już po dziewiątej. Cztery nieodebrane i następne połączenie od Tymka. Fuck, że ja nie wyciszyłem dzwonka, smacznie bym sobie pospał. Odebrałem.

- Sssooo jest? - zapytałem kompletnie skacowany.

- Przyjedziesz do mnie?

No, kurwa, chyba żartuje. Przecież to się nie uda. Może źle go usłyszałem?

- Yyy, co?

- Możesz do mnie podjechać? - powtórzył.

- Że teraz? - dopytałem dla pewności.

- Jak najszybciej.

To nie brzmiało dobrze.

- Coś się stało? - zapytałem przejętym głosem.

- Po prostu przyjedź.

Brzmiało jak jakiś większy przypał. Może jego rodzice wcześniej wrócili?

Z trudem wstałem z łóżka. Zajęło mi chwilę, nim odzyskałem równowagę. Ciągle byłem w ubraniach z wczoraj, cuchnąłem co najmniej jak te kasztany niekąpiące się po wf-ie.

Wziąłem jeden z szybszych pryszniców w swoim życiu i nawet pozwoliłem sobie na zignorowanie żelazka. Czy to może zwiastować udany dzień? Nie sądzę. Zaraz, czy ja w ogóle mogę prowadzić? Fuck it, nie ma wyboru.

- Halo! A Ty, gdzie? - zapytała mama widząc jak zakładam buty.

- Wychodzę na chwilę - wyprostowałem się.

- Jak Ty wyglądasz? Oczy czerwone. Hyyy i śmierdzi od Ciebie gorzałą. Ale żeś się schlał - skrzywiła się.

- Delikatnie. Ale muszę wyjść, to coś pilnego.

- Co takiego?

- Jeszcze nie wiem, ale Tymek brzmiał poważnie.

Mama pokiwała głową i westchnęła. Na szczęście Tymek miał fory u wszystkich rodziców

- Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o dzisiejszym obiedzie?

Fuck, rzeczywiście. Dagmara ma przyjść i poznać rodziców. Potrzebne mi to dzisiaj jak świni siodło.

- Mamooo, przecież pamiętam.

- Masz się ogarnąć do tego czasu!

Ucałowałem ją w czoło, na co zareagowała skrzywieniem.

Wsiadłem w auto i ruszyłem z piskiem opon. W lusterku wstecznym zauważyłem, że mama nie była zadowolona z obranego przeze mnie środku transportu - dzwoniła do mnie, co wyświetliło się na ekranie dowodzącym w samochodzie. Zignorowałem to i tylko podkręciłem muzykę.

***

„Co jest kurwa?”. Stukałem i dzwoniłem, ale drzwi ani drgnęły. Zaryzykowałem i spróbowałem klamki. Powitał mnie mdły pomelanżowy odór. Zatęchłe powietrze z domieszką potu, alkoholu i perfum. Wszedłem do salonu, gdzie wszystko wydawało się lepkie.

- Na górze! - krzyknął Tymek.

Skierowałem się do jego pokoju. Pusto. Pozostała sypialnia rodziców. Drzwi były zamknięte, ale bez namysłu chwyciłem za klamkę.

- No co się… - przerwałem swoją wypowiedź, kiedy na wejściu przywitał mnie intensywny zapach intymnego spotkania. - Ale tu jebie seksem!

Rozchyliłem drzwi tarasowe próbując odetchnąć, a mój mózg powoli próbował dedukować. Zauważyłem Tymka skulonego na łóżku jak krewetka. Leżał w samych gaciach, miał tłuste włosy, a oczy jak zombie i wtedy to do mnie dotarło.

- No nie pierdol?! - popatrzyłem na niego ze zdumieniem, a ręce mi opadły.

Tymek tylko przytaknął z posępnym wyrazem twarzy.

- Ale jesteś wariat.

Nic nie odpowiedział, a ja stałem jak wryty z rękami założonymi na głowie.

- To się odjebało… ja jebię - przetarłem się po czole. - Warto było?

Gustaw - narrator

Gustaw

Rozdział XIV

Crash, nie test

Podążając powoli w kierunku parkietu, nasze dłonie delikatnie się splatały, a my kontynuowaliśmy ciekawą rozmowę. Na uboczu toczyłem wewnętrzną walkę, żeby zmienić uścisk palców w odważniejsze objęcie bioder, zgodnie z zaleceniami trenera. Subtelny, ale zawsze jakiś krok na przód w kwestii zbliżenia fizycznego.

Czułem się niezwykle rozluźniony. Częściowo za sprawą alkoholu, którego smak od dłuższego czasu był mi obcy. Poza tym, w tanecznej dżungli bardzo dobrze sobie radziłem, moje biodra i kolana właściwie same chodziły do rytmu.

Z Zuzą znaleźliśmy się w samym sercu parkietu przy skocznych dźwiękach muzyki popularnej. Pachniała jak Paryż, choć nigdy tam nie byłem i tańczyła z taką gracją, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. W jej ruchach było coś hipnotyzującego, coś, co sprawiało, że reszta świata przestawała istnieć. Jej uśmiech, delikatny i pełen tajemnic, jej nogi, które w szpilkach były jeszcze dłuższe, i sukienka, która delikatnie podkreślała sylwetkę przy każdym obrocie.

Niestety nie byłem jedynym absztyfikantem, skupionym na jej ruchach. Zuza przyciągała uwagę jak jasny płomień w ciemności. W promieniu kilku metrów zaroiło się od krążących ciem, zastanawiających się jak zbliżyć się do tego światła i odbić Zuzę z moich objęć. „Nie no chyba przesadzam” pomyślałem. Chyba było ich tylko dwóch, ale zazdrość potęgowała mój niepokój.

Zanurzyliśmy się w rytmach, pozwalając muzyce prowadzić nas przez parkiet. Byliśmy najlepszą parą w balowej sali, a przynajmniej tak ustaliliśmy między sobą. Czy inni podzielali nasze przekonanie? Trudno powiedzieć. Ale w tamtej chwili, w otoczeniu dźwięków i świateł, nie miało to znaczenia.

Gdy reszta ekipy wkroczyła na parkiet, atmosfera osiągnęła punkt kulminacyjny. Sala dosłownie eksplodowała, totalnie odpięliśmy wrotki. Wszyscy, bez wyjątku, pozwolili sobie na chwilę zapomnienia, jakby świat miał się zatrzymać wraz z nadejściem świtu. Nie byłem pewny czy mury tego zamku są na to gotowe. Skakanie, śpiew, gesty pełne pasji, pijackie przytulanki i nieokiełznane ruchy. Wszystko to przesiąknięte było beztroską i euforią, celebrowaniem chwili w jej najczystszej postaci. Cała ta scena idealnie wpasowałaby się w teledysk do utworu Fun „We are young”, zwłaszcza że czas przyhamował w mojej głowie i wszystko widziałem jakby w zwolnionym tempie.

Dziewczyny z ekipy dawały czadu, podczas gdy jednoznaczne spojrzenia chłopaków mówiły więcej niż słowa - taka męska forma uznania i podziwu.

Po utworze rozległy się brawa dla dyskdżokeja, a na zakończenie seta puścił Tom Odell „Another Love”. Parkiet próbował uspokoić puls, po tej całej gorączce. Niektórzy wychodzili, reszta łączyła się w pary. Na taki kawałek czekałem od samego początku!

Wziąłem Zuzę za rękę, popatrzyłem jej w oczy i wydusiłem:

- Czujesz to teraz? Czujesz, że to ma se…

Zanim zdążyłem wyartykułować myśli, poczułem delikatne dłonie na moich barkach. Oplotłem swoje dłonie delikatnie na jej biodrach. Palcami przemknąłem po subtelnym materiale jej sukienki, który tak zmysłowo układał się na jej kształtach. Tańczyliśmy powoli, zanurzeni w naszym własnym świecie, patrząc sobie głęboko w oczy. Nie powiem, dostrzegałem w nich lekkie „zmęczenie”, to z rodzaju alkoholowych.

- Dobrze mi z Tobą - wyszeptałem jej do ucha czując zapach jej włosów, zniewalający jak narkotyk.

Nic nie mówiąc uśmiechnęła się. Zacisnęła mocniej objęcie i całkowicie się we mnie wtopiła.

Bate - narrator

Bate

Rozdział XXIV

Spokój czy racja?

Stoję na chodniku. Spokojnie jaram szluga, chowając twarz pod kapturem. Deszcz nakurwia, jakby miał zalać miasto, a mnie to ni chuja nie rusza. Patrzę na przeciwną stronę ulicy, na kolosa z kratami w oknach, który wzywa mnie na konfrontację. Mój wzrok na chwilę zatrzymuje się na banerze „Zostań policjantem. Rekrutacja.”.

Ogarnia mnie przenikliwy spokój. Nawet na chwilę pojawiają się w mojej głowie echa z tego zajebiście spędzonego weekendu. Uśmiecham się pod nosem. Lubię kolekcjonować takie wspomnienia - koniec końców to jedyne co ma znaczenie i zostanie ze mną do grobu.

Zupełnie nie myślę o tym co mnie czeka po przejściu na drugą stronę. Czuję tylko, że muszę tam wejść. Muszę. Ostatni buch i pet leci w kałużę. Biorę głęboki wdech rześkiego powietrza i wchodzę.

***

Wita mnie surowość betonu w pełnej okazałości. Rozglądam się i przez małe okienko na ścianie po lewej dostrzegam postać policjanta z wąsem. Leciwy, z ładnie wyhodowanym bebzolem, który prawie go zakrywa. Typ siedzi, a właściwie to leży na tym krześle i wygląda jakby zaraz miał przechylić się na bok.

- Dobry - zaczynam cicho, ale nie ma odzewu. - Dzień dobry!

Dyżurnemu wraca świadomość. Przeciera oczy, przeciąga się i otwiera paszczę w ziewnięciu.

- Słucham? - pyta szorstko, wkurwiony, że ktoś go obudził.

- Właściwie… - waham się, czuję jak gardło mi zasycha. - Przyszedłem po przyjaciela.

- Po przyjaciela? Przedszkole to budynek obok. - Kiwa głową.

- Gustaw Mejer - idę w zaparte. - Prawdopodobnie siedzi tu za coś, czego nie zrobił.

- Aha, to jak wszyscy.

Ten zjeb zaczyna mnie wkurwiać.

- Jest tu czy nie?

Na dyżurce zabrzęczał telefon.

- Nie jestem informacja. Spokojnie czekaj. Jak kolega kocha, to się odezwie.

Podnosi słuchawkę. Przyjmuje jakieś zgłoszenie. Stoję tam, gotów wybuchnąć, czuję jak moja cierpliwość się kończy. Nogi bębnią w podłogę. Ręce, kurwa, same mi się zaciskają. Gapi się na mnie, z taką miną, jakby miał mnie za śmiecia! Macha do mnie, jakby odganiał psa. Chce, żebym wypierdalał. Nie ma opcji. Odkłada telefon.

- Kurwa, pomożesz Pan?

Wstaje z krzesła.

- Co powiedziałeś?!

- Ja tam powinienem siedzieć, nie on. Macie nie tego typa!

Na jego ryju maluje się zdziwienie, a zaraz po nim zakłopotanie. Jakby nie wiedział, czy rzucić się na mnie, czy spierdolić z dyżurki. Skanuje mnie wzrokiem. Mierzy i stwierdza, że poczeka za okienkiem.

- Dowód!

Wyjmuję plastik z kieszeni i rzucam na blat. Chwyta go i przegląda coś w monitorze komputera, wygląda na zmieszanego. Dzwoni gdzieś, ale bez odzewu po drugiej stronie. Próbuje inny numer.

- Podkomisarzu, nie ma Matuszewskiego jeszcze, a przyszedł - rzuca na mnie wzrokiem. - Przyszedł taki jeden, co mówi, że ma dla niego jakieś informacje.

Nie słyszę, co pada z drugiej strony słuchawki.

- Sprawa niejakiego… - przybliża się do monitora i mruży oczy - …Gustawa Mejera.

Skanuje mój dowód.

- Tak. Skąd podkomisarz wie? Dobra, czekam tu z nim.

Rozłącza się i rozkazuje.

- Czekasz tu.

Przewracaj kartki strzałkami, kliknięciem w stronę albo przesunięciem palca.

Okładka książki Historia z Pewnego Liceum

Chcesz wiedzieć, co było dalej?

Ostatni rok liceum, paczka przyjaciół, ławka w parku i pytanie, co dalej po maturze. Opowiadają tę historię na zmianę Tymek, Julia, Marcel, Gustaw i Bate - każde swoim głosem.

„Śmiałam się, wkurzałam na bohaterów, a na końcu płakałam. Jestem kilka dni po przeczytaniu, a dalej myślę o tej historii.”- opinia czytelniczki
Zamów książkę